Nikt - Alicja Trubas

Nikt

Chciałabym mieć głos, pomyślałam. Chciałabym widzieć inne głosy. Wydostające się z głębi. Towarzyszy mi nieodparte wrażenie, że jest takich nas szalenie wiele. Schowanych. Mówiących cicho samym sobie i tym najbliższym z najbliższych.
Chciałabym dać głos, pomyślałam. Zaraz po tych myślach zazwyczaj wyrasta lęk. Niepewność. Nikt nie chce tego słuchać. Nikt nie chce tego czytać. Nikt nie ma na to czasu. Bo ty, młoda osobo, jesteś nikim.

Jestem nikim. Z drugiej strony Odyseusz ocalił życie, podając się za nikogo. Mocny argument. Życie to bardzo mocny argument.

Odwagi. Odwagi.

Jest taki przymiotnik jak patetyczny (patetyczna, patetyczne, tak). Słownik języka polskiego, ten internetowy, tłumaczy to jako charakteryzujący się podniosłością. Uroczysty. Kilka razy wytknięto mi, że piszę patetycznie. Wytknięto to z niesmakiem. Rozumiem to, bo jestem świadoma tego, jak piszę. Jestem świadoma, że jest to staje się coraz silniejsze wprost proporcjonalnie do ilości przeczytanych przeze mnie książek. Ja się czuję w moim patosie. Polecam zapoznanie się z etymologią tego słowa i z samymi początkami patosu, a także różnymi rzeczami, jakie z niego powychodziły na przestrzeni setek i tysięcy lat. Jeśli ktoś nie lubi klasycznych tekstów różnych okresów, najpewniej nie polubi i mnie. Ja kocham emocje, kocham emocje do bólu. Wyniosłą estetykę. Czasem kicz. Sztukę na wiele, wiele sposobów. Uwielbiam romantyzm. Światło i cień. Miód i krew.
Patos się zmieniał. Patos w XXI wieku jest inny, bo musi być. Boję się mówić o swoim pisaniu jako o patetycznym. Boję się jakkolwiek klasyfikować swoje pisanie. Nie czuję się na siłach. Lubię mówić o wielu rzeczach, choć zawsze liczę się z tym, że znajdzie się ktoś, kogo wiedza bije moją na głowę. Dlatego wolę mówić, jak ja czuję niektóre sprawy. Jak czuję kochanie, tęsknotę, ból, żal, radość, ekstazę, szał. Jeśli ktoś odbiera to jako napompowany patos, w porządku. Na szczęście mamy tak potężny zbiór książek, czasopism, poezji i wszystkiego, że każdy znajdzie coś dla siebie. Każdy. Jeśli ktoś jednak lubi mój, tak zwany tu, patos – szalenie mi miło. I będzie go… więcej. Będę pisać więcej od siebie, bo dojrzałam po latach do tego, by to robić.

Zaczęłam łamać bariery. Żadne rebelie. Moje bariery. Spuściłam powietrze. Opadły moje ramiona (nie ręce, zaznaczam. Rąk nie załamuję!). Dla siebie. Dla innych trochę też, ale nie mam w planach zbawiania świata. Usiadłam przy kawie sama ze sobą i zadałam sobie pytanie: jak długo to za tobą chodzi? Odpowiedź była oczywista – od lat. Przecież, że od lat. Być twórcą słowa… marzenie, niedoścignione marzenie, sądziłam. Ale to nieprawda.

To nie jest pamiętnik, od razu zaznaczam. To luźna refleksja, moja prawda w kawałku Internetu, który zdecydowałam się sobie zająć. Mój pierwszy zeszyt, który zaczęłam prowadzić w roku 2009 był pamiętniczkiem, fakt. Z czasem jednak wyewoluował w moje lustro. Minęło trochę lat. Niektórych zeszytów wolę nie otwierać. Być może dlatego, że wiem, że choć powiem, że to lustro, to nieprawda. Lustra czasem kłamią, a zapisane przeze mnie na różnych etapach życia strony są zatrważająco prawdziwe. Tam są wszystkie moje portrety. Odbicia – wciąż dziwnie żywe.

Nie aspiruję do bycia filozofem, choć Narodziny filozofii (autor: Giorgio Colli), książka, którą musiałam przeczytać X razy, by tramwaje z różnymi myślami w mojej głowie zaczęły wybuchać, była dla pozycją absolutnie rewolucyjną. Nie chcę mówić ludziom, co mają robić, nie chcę być coachem, nie chcę. Ja nie wiem, co jest zawsze dobre. Zastanawiam się, ile jest takich osób, które postrzegają swoje bycie twórcą słowa podobnie. Pisać z głębi. Nie w sposób komercyjny, chyba że oczywiście się go czuje i lubi. Ile nas, postrzegających się jako Nikt, ten Nikt, który na moment przed kliknięciem „opublikuj” jednak stwierdza, że to nie ma sensu i tego nie robi. Mnie tak szalenie tego brakuje. Tak szalenie brakuje mi prostych rozważań o prostej codzienności, tak szalenie brakuje mi zwykłych historii. Brakuje mi świadomości wśród innych, że każdy z nas jest historią. I właśnie tutaj wybuchła kolejna bomba. Dużo gadam o książkach, ostrzegam.

Są cztery książki. Teraz będzie poważnie.

Cztery książki, a każda z nich to część jednego i tego samego cyklu. Ale to nie są takie zwykłe części. Każda z nich jest inną alejką Cmentarza Zapomnianych Książek. Oficjalnie autorem jest Carlos Ruiz Zafon. Nieoficjalnie… Ja nie mam prawa, by o tym mówić. Mam jednak swą teorię. Ona wciąż się jeszcze klaruje. Być może musi minąć jeszcze sporo czasu, nim będzie całkowicie jasna – a może to i tak nie nastąpi. Może tak będzie najlepiej. Niech będzie tajemnicą w mojej głowie po kres. Chciałabym. Cztery książki, jeden cykl. To nie są części. Cztery książki, dziesiątki splecionych ze sobą historii. Bez początku i bez końca. Nie ma chronologii. Nie ma jednej drogi. Nie ma zasad. To jest tajemnica, której rozwiązanie nie przychodzi po odłożeniu zakończonej ostatniej książki. Tajemnica wtedy dopiero zaczyna się zacieśniać w jeszcze bardziej skomplikowany supeł. Nie rozwiązuje go Zafon. Nawet nie próbuje. Jakże, zresztą, mógłby nam to zrobić, skoro przez wiele setek stron robi wszystko, by uzmysłowić czytelnikowi, że klucz od samego początku znajduje się w jego rękach. Każda rodzina ma swoją historię. Każdy człowiek ma swoją historię. Każdy z nas jest historią. Książki to dodatki, mówił Zafon. Elementy; elementy tej osobliwej układanki, którą każdy musi ułożyć sam. By zobaczyć. By zrozumieć. By poznać. Zwlekałam. Całe lata zwlekałam, nim sięgnęłam po Cień wiatru, pierwszą wydaną książkę z cmentarnego cyklu. Nie robiłam tego wcześniej, bo bałam się, że nie warto. Że to przerost formy nad treścią. Były chwile, kiedy siedziałam na balkonie i patrzyłam przed siebie, mając na kolanach złożoną Grę anioła, której nie potrafiłam wygrać, a chwilę później Labirynt duchów, którego nie mogłam pokonać.
Labirynt, w końcowym rozliczeniu mojego ducha z opowieścią spisaną przez Zafona, okazał się być najtrudniejszy. Potrzebowałam czasu. Potrzebowałam natrafić na mur zbyt wiele razy, próbując na siłę znaleźć drogę. Potrzebowałam potknąć się porządnie o kilka słów. Tak, by upaść i nie móc wstać. Pokornie zaczekać, aż ból puści. Pomóc mu, poświęcając więcej uwagi temu, co zwaliło mnie z nóg. Myśląc o Cieniu, Aniele, Więźniu. Myśląc o ludziach zbyt ludzkich, by być tylko zbitkami liter.
Ile prawd. Ile gorzkich prawd. Proza i banały życia przedstawione w najbardziej finezyjny sposób. Melancholia z nutą miłości, solą łez, metalicznym posmakiem krwi. Niesiona wraz z echem radości. To jest Cmentarz Zapomnianych Książek. Spowity mgłą oddechów każdego z nas. Każdego, kto wierzy, że to możliwe. By każdy z nas mógł być historią. By każdy z nas mógł ją mieć. Kiedy wyszłam z labiryntu, płakałam. Wiele razy słyszałam komentarze: tak się nie kończy! Nie możesz w tym momencie zakończyć. Po wyjściu z labiryntu to było wszystkim, co chciałam powiedzieć. Wykrzyczeć, lecz nie miałam sił. Zafon stworzył najpiękniejszy portret osobliwej rasy pisarzy, jaki znam. Zafon dał najbardziej wartościową lekcję historii rodziny, jaką przyswoiłam. Zafon pokazał mi najbardziej magiczne pisarstwo.
Zafon pokazał mi drzwi, do których potrzebuję jeszcze wiele odwagi, by je otworzyć. Schody, które będą wymagać ode mnie znacznie lepszej kondycji od tej, którą czuję, że mam na ten dzień. Kiedy będę pewnego dnia w Barcelonie, uklęknę. Popatrzę w niebo, w które patrzyła rodzina Sempre, jej przyjaciele, jej wrogowie. W które patrzył Zafon. Kiedy będę w Barcelonie, będę płakać. Moja wiara w płynące po twarzy łzy jest chyba niepoważna. Tak jak moja wiara w słowa i literaturę. Tak jak była wiara pisarzy Zafona. Podróż przez cmentarz Zapomnianych książek była doświadczeniem niemalże mistycznym. Była podróżą, do której się tęskni latami, ale nie zawsze będzie się miało dość czasu i sił, by ją powtórzyć. Dziś nie wiem, czy dam radę wrócić. Być może to jest tak, że nie wiem, czy wróciłam w ogóle. Być może to jest podróż, która tak naprawdę się nie kończy.
Być może tutaj właśnie się zaczyna.

Ostrzegam raz jeszcze, dużo gadam o książkach i nie zamierzam przestać. Pogadajcie ze mną, jeśli macie jeszcze siły. Śmiało.

Maluję swoje spojrzenie na wiele kwestii słowami, które wkładam w usta postaciom, przez które w danej chwili chcę przemówić. Które na swój osobliwy sposób kocham. W których serca wszywam kawałki swojego.

Nie bój się być Nikim. Odyseusz ocalił dzięki temu życie.

Dodaj komentarz

Translate »